Zimny wrzesień
Nic nie zapowiadało tak zimnego września. Z gorącego, wręcz upalnego sierpnia nagle, z dnia na dzień, radykalnie się ochłodziło. Nagle trzeba było całkowicie zmienić swój sposób ubierania – z sandałów i letnich sukienek na buty za kostkę, długie spodnie i płaszcze. Również w domach zaczęto mówić – początkowo niechętnie, potem coraz częściej – że ciepło mogłoby zacząć płynąć kaloryferami. Do tego dochodzą inne problemy – powoli okna rano z powodu różnicy temperatur stają się zaparowane, a spanie przy otwartym oknie powoli odchodzi w niepamięć. Nie byłoby tak źle, gdyby przynajmniej w nocy było ciepło. Jednak nawet w tej dziedzinie okazuje się, że noce są jeszcze gorsze, a czasem trzeba po prostu przykrywać się dodatkowym kocem, bo sama kołdra przestała pełnić wyłączną rolę grzejnika. Na szczęście w kotłowni szybko zauważono, w czym leży problem i rozpoczęto odczyty liczników znajdujących się przy kaloryferach. Gdy wszystkie potrzebne dane spisano, obowiązkiem właścicieli mieszkań stało się przełączenie tychże liczników na maksymalne obroty, by zdążyły się odpowietrzyć i równomiernie grzały przez całą zimę. W końcu nie ma nic gorszego niż w połowie zimny kaloryfer w najgorsze mrozy. A po pogodzie można się obecnie spodziewać wszystkiego, tylko nie słońca i ciepła. Większość osób już teraz straciła piękną, letnią opaleniznę, trudno też przypuszczać, co będzie dziać się dalej. Z pewnością ludzie szybciej zaczną zapadać na jesienno-zimową depresję, jeśli taka bezsłoneczna pogoda potrwa dłużej. Zawsze można pójść w ślady Indian, którzy modlili się do słońca. W naszym przypadku – by wróciło.